wtorek, 31 stycznia 2012

Back to Amy


Łatwo zgadnąć, co leciało sobie z radyjka, kiedy robiłam tę lalę.  Oczywiście - "Our Days Will Come..."

środa, 18 stycznia 2012

Good morning Vietnam! (czyli ciąg dalszy relacji)

Po opuszczeniu Hongkongu pojechaliśmy do południowego Wietnamu. Już od samego początku w dość komercyjny sposób próbowano nas zaznajomić z tutejszym teatrem lalek. W Sajgonie namawiano nas na bilety, a w Hoi An na lalki - o dość wyśrubowanej cenie. Na zakup oczywiście zdecydowaliśmy się, ale dopiero na północy. Czyli prawdziwym miejscu narodzin tej nietypowej sztuki.

 

Największy wybór lalek był w... świątyni.

W słynnym teatrze w Hanoi - Thang Long - przedstawienia odbywają się kilka razy dziennie, ale żeby dostać dobre miejsca - warto kupić bilety z kilkudniowym wyprzedzeniem. Po 2 tygodniach w Wietnamie widok drewnianych lalek nie robił na nas specjalnie wrażenia, może dlatego że można je było dostać praktycznie wszędzie. Tak oto wizytę w teatrze zostawiliśmy sobie na ostatni dzień naszej azjatyckiej wyprawy. Siedzieliśmy w teatrze wśród dzieci, bakpakersów, wycieczek seniorów, nie oczekując większego zaskoczenia. No i oczywiście daliśmy się zaskoczyć.


Lale wykonane są z drewna, a pokryte laką. Tylko najdroższe pomalowano złotą farbą. 
Za to wszystkie można animować!
 

Na pierwszym piętrze tuż przed widownią zamiast sceny zbiornik wody. Przy gromkich brawach do orkiestry dołączają dwie eleganckie kobiety o aparycji diwy. Cóż za dystyngowane ruchy i ta cicha rywalizacja o tytuł gwiazdy wieczoru. Panie pochylają się nad mikrofonem... Stop.


Artystki podkładają głos pod wieśniaka, damę dworu czy monarchę. Z wdziękiem i fantazją.


Zapomnijcie o skojarzeniach z europejskimi sztukami. Żadna z pięknych Wietnamek nie zaśpiewa arii, obydwie są tu po to, by dubbingować pojawiające sie na scenie lale. Nie tracąc nic z damy, na przemian przemawiają głosem bohatera kreskówki. Efekt cudownie przekomiczny.  Lale tymczasem śmigają po wodzie, nurkują, chlapią...

Tak właśnie prezentuje się 45 minut pełnej zwrotów akcji rozrywki.

 




Tak zabawnie i tak żywiołowo lale uwodzą publiczność już od XI w. Wpierw na polach ryżowych. Tam to stojący w wodzie wieśniacy odgrywali za ich pomocą różnorakie scenki. Z biegiem lat zabawa przerodziła się w sztukę. Tematyka wszędzie była podobna (ludowe podania i wydarzenia historyczne). Natomiast budowę schowanego w wodzie systemu prętów i bambusów poszczególne grupy utrzymywały w wielkiej tajemnicy.


To właśnie ta konstrukcja zadecydowała o żywotności lalek, a tym samym o atrakcyjności sztuki. Dziś o wiele łatwiej wykraść tajemnicę. Mimo to bitwa między południem a północą toczy się dalej. Nie tylko o rząd dusz, ale również i o portfele turystów. W Sajgonie i Hoi An nic nie kupiliśmy, za to w Hanoi płaciliśmy również za możliwość wykonania tych zdjęć. Pamiątka - bezcenna.

niedziela, 8 stycznia 2012

Witaj, Kokeshi!


Skośnookie laleczki znowu rozpanoszyły się po naszej pracowni. Tym razem rządzą w tonacji black & white.

piątek, 6 stycznia 2012

Zimowe czary-mary

Za oknem jesień, a u nas w domu... jupi! Zimowa aura. Wprawdzie wyczarowana tyko na potrzeby sesji, ale że upragniona - przez to jeszcze bardziej magiczna. Szybko, zróbmy jej zdjęcia!


Na pierwszym planie nasza nowa lala - Śnieżynka. W tle lampki i najprawdziwsza choinka.  Tak, zgadliście! Przyozdobiona własnoręcznie wykonanymi ozdóbkami...


Poniżej prezentacja bombek zrobionych jeszcze w grudniu 2011 r. Przyjrzyjcie się im szybciutko - następna taka sesja dopiero za 12 miesięcy.


Magicznej aury Miju życzy Wam przez cały 2012 rok! 

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Barwny żywot rodem z newslettera


Zwykle w okolicach godziny 18. na mojej skrzynce pocztowej pojawia się newsletter Etsy. Mam wtedy swoje małe święto. Każda wiadomość serwisu propagującego hand made podporządkowana jest jednemu tematowi. Oferty ozdób, ubrań czy ceramiki mogą dotyczyć święta, postaci, epoki. Albo po prostu barw...


Zwykle lubię bardziej skontrastowane kolory, przez co zestawienie czerwieni, żółci, pomarańczowego wydało mi się czymś szalenie nowatorskim. "Eureka!". Przypomniał mi się pewien szkic sprzed roku. Tak oto stare połączyło się z nowym... I tak właśnie narodził się Pan Kulka. Choć utrzymany w jesiennych barwach - wiosenne ma usposobienie, co udowodnił - wspinając się na sam szczyt naszej przepięknej choinki.


A to kto? Tajemnicza postać, którą zaprezentuję Wam już wkrótce...

czwartek, 15 grudnia 2011

Wspomnienia z Hongkongu, cz. 2


 Na myśl o Parku Oceanicznym od razu się uśmiecham. Nie uwierzycie, ile radości może trzydziestoparolatkom dostarczyć przejażdżka karuzelą, widok płaszczki czy wizyta w toalecie, której wejście przypomina... jamochłon. W tym niezwykle barwnym miejscu wesołe wydają się nawet zwierzęta, co w zoo nie jest sprawą tak oczywistą.


Pewnie zastanawiacie się, dlaczego piszemy o nim na blogu o zabawkach?  Ze względu na wręcz bajkową atmosferę i oczywiście sporą dawkę radosnego designu, którą tam odkryliśmy.


Nie zawsze jednak było tu tak różowo. Po tym jak nieopodal wybudowano Disnelyland, mieszkańcy Hongkongu stracili zainteresowanie Parkiem. Wpompowano więc tu szybko ładną sumkę pieniędzy, aby odpowiadał on współczesnym standardom rozrywki dla całej rodziny.


Prace rewitalizacyjne mają się ostatecznie zakończyć w 2012 r. Faktycznie, niektóre rejony Parku przypominały plac budowy. Można je jednak było dopiero zobaczyć, korzystając np. z górskiej kolejki czy wieży widokowej. Na dole nic nie zakłócało rozrywki.


Urok Parku tkwi w błyskotliwych pomysłach, które tu zastosowano. Kolejne atrakcje odmienne są klimatem, w zamkniętych pomieszczeniach atmosferę dodatkowo podkreśla odpowiednia muzyka. Przykład? Ciemna sala ze szklanymi kolumnami akwariami delikatnie podkreślonymi zmieniającym kolor światłem. Przez to pływające w nich meduzy raz były zielone, potem fioletowe, a za chwilę białe - a wszystko to działo się w rytm utworu Vanessy Mae.


 Nawet tak banalne przedmioty jak kosze na śmieci muszą zaskakiwać, przybierając postać olbrzymiego drzewa zamieszkanego przez sowę gadułę. Podobała mi się też dyscyplina samych Chińczyków. Gdy pracownicy Parku wskazywali na tabliczkę "Silence, pleace", wymownie przykładając palec do ust, rozmowy wchodzących cichły natychmiast - obserwowaniu pandy rudej zaś towarzyszył niemy zachwyt.      


Sprzeciw malkontentów może wzbudzić fakt, że aby opuścić delfinarium, ptaszarnię czy jakąkolwiek inną atrakcję Parku - należało przejść przez kolejny sklepik z pamiątkami. Natrętny marketing? Być może, ale jakie to było przyjemne.


Wizyta w takim sklepiku to też atrakcja. Każdy mieszkaniec Parku miał swój maskotkowy odpowiednik - nawet meduza czy rekin młot. Ich wizerunek zdobił magnesy, torebki, kubki, kule śnieżne i wiele, wiele innych rzeczy. I wszystkie te rzeczy były po prostu ładne.


 Oj, tak, zostało tam sporo naszych pieniędzy. Już teraz nie mogę się doczekać, jak na widok poruszającej się słodkiej pandy zareaguje w Wigilię mój siostrzeniec... Ja straciłam dla niej głowę już w pierwszym sklepiku, przez co pozostałe atrakcje Parku zwiedzałam z wielką reklamówką w ręku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...